Strona główna » Najnowsze » Nintendo Switch 2 – kupiłem i żałuję. Szczera recenzja po kilku tygodniach

Nintendo Switch 2 – kupiłem i żałuję. Szczera recenzja po kilku tygodniach

Autor: Oliwer Stanisławski
Recenzja konsoli Nintendo Switch 2

Nintendo Switch 2 w teorii spełnia marzenie wielu graczy. Większa moc, 4K na TV, większy ekran, 120 Hz, wsteczna kompatybilność, nowe Joy-Cony, DLSS, ray tracing na papierze. Do tego nowe Mario Kart World na start i obietnica, że to „wreszcie ta docelowa wersja Switcha”. Brzmi jak idealny upgrade.

Problem w tym, że im dłużej obcuje się z tą konsolą, tym częściej pojawia się myśl, której nikt nie chce mieć po wydaniu ponda 2 tysięcy złotych: „serio, to za to tyle zapłaciłem?”.

Ta recenzja jest z perspektywy kogoś, kto długo siedział w ekosystemie Nintendo, miał poprzedniego Switcha, zna jego wady i zalety – i właśnie dlatego po Switch 2 spodziewał się czegoś więcej. Zdecydowanie więcej.

Cena premium, wrażenia… niekoniecznie

Zacznijmy od najbardziej bolesnego punktu: ceny. Sama konsola Nintendo Switch 2 kosztuje około 2199 złotych, a bundle z Mario Kart World startuje z poziomu 2399 złotych. To są realnie okolice PlayStation 5 i Xbox Series X, czyli pełnoprawnych stacjonarnych konsol o zdecydowanie większych możliwościach czysto technicznych.

Owszem, Switch 2 jest hybrydą i to cały czas jego główny atut. Ale gdy wyciągasz kartę płatniczą i widzisz kwotę, którą jeszcze parę lat temu płaciło się za najmocniejsze sprzęty na rynku, spodziewasz się czegoś więcej niż:

  • nadal plastikowej, tylko „trochę lepiej złożonej” konstrukcji
  • ekranu, który w 2025 roku wciąż jest LCD i w dodatku ma swoje problemy
  • baterii, która realnie ma gorsze czasy działania niż późniejsze rewizje pierwszego Switcha

Wrażenie jest takie: Nintendo policzyło sobie jak za nową generację, ale w wielu miejscach dostajesz raczej „Switch 1.75” niż prawdziwą przesiadkę generacyjną.

Konsola Nintendo Switch 2 wyjęta z pudełka

Ekran – większy, jaśniejszy… i zaskakująco rozmazany

Po pierwszym odpaleniu Switch 2 w trybie handheld można się łatwo zachwycić. Ekran jest większy, 7,9 cala, z natywnym 1080p, odświeżaniem do 120 Hz i deklarowanym HDR. Kolory są przyjemne, jasność akceptowalna, całość na pierwszy rzut oka wygląda jak sensowny krok naprzód względem pierwszego Switcha z 2017 roku.

Tyle że chwilę później zaczynasz grać w coś szybszego. Mario Kart World, dowolna platformówka, rytmiczny tytuł, dynamiczny shooter. I nagle obraz zaczyna sprawiać wrażenie, jakby ktoś delikatnie przejechał po ekranie palcem z wazeliną. Smużenie. Rozmycie.

To nie jest subiektywna fanaberia. Testy Digital Foundry i innych serwisów technicznych pokazały, że panel LCD w Switch 2 ma wyraźnie gorsze czasy reakcji niż zarówno ekran z 2017 roku, jak i współczesne panele OLED. Przy 60 klatkach na sekundę kolejne klatki częściowo na siebie nachodzą, co przekłada się na wyraźne smużenie przy szybkim ruchu.

HDR jest tu z kolei bardziej hasłem marketingowym niż realnym doświadczeniem. Przy szczytowej jasności w okolicach 400-420 nitów i edge-lit LCD trudno mówić o prawdziwym „high dynamic range”. Kontrast jest płaski, czernie wpadają w szarość, a wszystko to w czasach, gdy OLED nie jest już egzotycznym bajerem, tylko standardem w wielu urządzeniach mobilnych.

Jeśli grałeś wcześniej na Switch OLED, powrót do LCD w Switch 2 naprawdę potrafi boleć. I to jest pierwszy moment, w którym przychodzi myśl „kupiłem i żałuję” – bo za te pieniądze spodziewasz się ekranu klasy premium, a dostajesz coś, co technologicznie brzmi świetnie na papierze, ale w ruchu po prostu zawodzi.

Bateria – krok w tył w najważniejszym aspekcie mobilności

Drugi duży zgrzyt to czas pracy na baterii. Nintendo oficjalnie podaje przedział 2-6,5 godziny, w zależności od typu gry. Brzmi znajomo, skoro podobne liczby widzieliśmy przy premierze pierwszego Switcha… z tą różnicą, że późniejsze rewizje i model OLED potrafiły już realnie dochodzić do 4,5-9 godzin w mniej wymagających tytułach.

Czyli zamiast progresu – regres.

Niezależne testy pokazują, że w praktyce Switch 2 zjada baterię szybciej niż późniejsze wersje poprzedniej generacji. W grach typu Zelda, Mario Kart World czy Cyberpunk 2077 mówimy nierzadko o nieco ponad 2-3 godzinach intensywnej gry w trybie handheld. To jest czas, który przy konsoli reklamowanej jako mobilna hybryda po prostu rozczarowuje.

Owszem, w trybie docked problem znika. Konsola działa z zasilacza, robi 4K na TV, wszystko jest w porządku. Tylko że jeśli dla kogoś tryb przenośny był kluczową zaletą Switcha, trudno nie mieć wrażenia, że Nintendo poświęciło część tej mobilności w imię wyższej wydajności bez odpowiedniego zbalansowania baterii.

Na papierze – nowy SoC od Nvidii, DLSS, lepsza efektywność energetyczna. W praktyce – bardzo przeciętne czasy pracy i konieczność noszenia ładowarki lub powerbanku, jeśli planujesz dłuższą sesję poza domem.

Joy-cony Nintendo Switch 2

Mocniejszy sprzęt, ale wciąż w swojej własnej lidze

Trzeba uczciwie powiedzieć: Switch 2 jest wyraźnie mocniejszy od poprzednika. Nowy układ Nvidii, obsługa DLSS i 4K w docku, 12 GB RAM i 256 GB szybkiej pamięci UFS dają solidną podstawę.

Pierwsze gry first-party robią wrażenie. Donkey Kong Bananza czy Mario Kart World wyglądają lepiej niż wszystko, co widzieliśmy natywnie na Switchu 1, a Digital Foundry chwali płynność i wyższą rozdzielczość, także w trybie mobilnym w wybranych tytułach.

Problem zaczyna się tam, gdzie kończy się magia optymalizacji Nintendo, a na scenę wchodzą gry third-party. Cyberpunk 2077, Fortnite, duże tytuły na Unreal Engine 5 – to wszystko działa, ale często przy 30 klatkach, z dynamiczną rozdzielczością, która w handheldzie potrafi spaść w rejony 540p, a w docku przy bardziej ambitnej grafice wygląda wyraźnie gorzej niż na PS5 czy Xbox Series X.

I tu pojawia się kolejny dysonans. Płacisz za konsolę prawie tyle, co za sprzęt stacjonarny z naprawdę mocnym CPU i GPU, a i tak dostajesz wersje gier, które są technicznym kompromisem, jakiego nie da się nie zauważyć. Hybrydowa forma nadal ma sens, ale przewaga czystej wydajności jest dziś zbyt duża, żeby ją ignorować.

Pamięć i karty – 256 GB to za mało, a microSD Express to żart

256 GB pamięci wewnętrznej brzmi rozsądnie, dopóki nie zaczniesz patrzeć na rzeczywiste rozmiary gier. Z tego i tak część zjada system, więc realnie masz trochę ponad 220-230 GB do dyspozycji po starcie.

Przy grach po kilkadziesiąt gigabajtów – Cyberpunk, duże tytuły third-party, rozbudowane RPG – ten zapas topnieje zaskakująco szybko. Jasne, możesz dokupić kartę. Tyle że Switch 2 korzysta z nowego standardu microSD Express, a stare karty z pierwszego Switcha nie nadają się do instalowania gier, mogą służyć co najwyżej do screenów czy wideo.

Innymi słowy: jeśli budowałeś przez lata bibliotekę i infrastrukturę wokół poprzedniego Switcha, tutaj zaczynasz praktycznie od zera. Nowe, drogie karty. Nowa konsola. Biblioteka gier co prawda jest wstecznie kompatybilna, ale pamięć – już nie.

W świecie, w którym ceny sprzętu idą w górę, a analitycy ostrzegają, że w 2026 będzie jeszcze gorzej z punktu widzenia portfela gracza, takie decyzje bolą szczególnie mocno.

Joy-Con 2 – lepsze, ale drogie i bez rewolucji

Nowe Joy-Cony w Switch 2 łączą się z konsolą magnetycznie i faktycznie siedzą pewniej niż w pierwszej wersji. Konstrukcja jest solidniejsza, mniej trzeszczy, a całość lepiej leży w dłoniach. W recenzjach chwalone są też drobne ulepszenia ergonomii.

Równocześnie jednak:

  • nie mamy tutaj jakiegoś przełomu na miarę DualSense
  • to nadal małe kontrolery, które przy dłuższej sesji potrafią męczyć dłonie
  • ceny akcesoriów Nintendo poszybowały w górę, a Pro Controller do Switch 2 jest odczuwalnie droższy niż kiedyś

Czyli znowu – jakościowo jest lepiej, ale w kontekście tego, ile całość kosztuje, trudno mówić o poczuciu, że Nintendo zrobiło wszystko, by maksymalnie docenić długoletnich użytkowników poprzedniej generacji.

Wsteczna kompatybilność – niby jest, ale nie tak różowa

Jednym z głównych argumentów za szybkim wejściem w Switch 2 miała być wsteczna kompatybilność z biblioteką pierwszego Switcha. I formalnie jest: konsola odtwarza zarówno wersje cyfrowe, jak i fizyczne gier, często w lepszej jakości lub z wyższą płynnością.

Problem w tym, że:

  • część gier wymaga pobrania specjalnych „edycji Switch 2” albo patchy, które zajmują dodatkowe miejsce
  • niektóre tytuły działają lepiej tylko w teorii – w praktyce patch podbija rozdzielczość czy framerate, ale pojawiają się nowe problemy z doczytywaniem czy stabilnością
  • w kilku przypadkach różne wersje (Switch i Switch 2) traktowane są jako osobne pozycje w eShopie, co potrafi wprowadzić bałagan w bibliotece

To wszystko nie są rzeczy, które przekreślają konsolę, ale składają się na ogólne wrażenie, że obietnica „płynnego wejścia w nową generację z dotychczasową biblioteką” jest w praktyce mniej elegancka, niż mogłaby być.

Oprogramowanie i usługi – wciąż Nintendo, z całym dobrem i złem

Menu systemowe, eShop, aplikacje – tutaj Nintendo pozostaje sobą. Interfejs jest prosty, czytelny i działający wystarczająco szybko, choć przy tej klasie sprzętu można by oczekiwać nieco większej finezji. Nowością jest GameChat i lepsza integracja komunikacji sieciowej, co faktycznie poprawia komfort grania online.

Z drugiej strony Nintendo Switch Online nadal jest usługą, która odstaje od konkurencji zarówno pod względem funkcjonalności, jak i jakości infrastruktury sieciowej. W 2025 roku, przy konsoli tej klasy cenowej, oczekiwania wobec online’u są po prostu większe, niż Nintendo jest gotowe spełnić.

Nintendo Switch 2 podłączony do telewizora w trybie stacjonarnym

Gdzie dokładnie pojawia się to „żałuję”?

Nie chodzi o to, że Nintendo Switch 2 jest złą konsolą. Technicznie to solidny, dopracowany sprzęt. Gry first-party imponują, hybrydowa forma wciąż jest unikalna, a perspektywa kolejnych Zeld, Mario i Pokémonów na nowym hardware jest kusząca.

Problemem jest relacja między oczekiwaniami, ceną a realnym doświadczeniem.

Żałujesz zakupu, gdy:

  • grasz mobilnie i po 2-3 godzinach widzisz krytyczny poziom baterii, podczas gdy stary Switch OLED wytrzymywał dłużej
  • patrzysz na ekran, który na papierze ma HDR i 120 Hz, ale w ruchu smuży bardziej niż panel z 2017 roku
  • uświadamiasz sobie, że stare karty microSD nie nadają się do gier i musisz inwestować w nowy, drogi standard
  • odpalasz głośny tytuł third-party i widzisz, że to nadal kompromis 30 fps z cięciami jakości, mimo ceny zbliżonej do PS5
  • przeliczasz cały zestaw: konsola, dodatkowy pad, pamięć, gra za 200-300 złotych i widzisz końcową kwotę, przy której trudno mówić o „konsoli dla każdego”

To nie jest rozczarowanie w stylu „sprzęt jest fatalny”. To raczej uczucie, że Nintendo zbyt mocno uwierzyło we własną wyjątkowość i ustawiło cenę oraz kompromisy w taki sposób, że lojalny użytkownik ma prawo poczuć się potraktowany po macoszemu.

Czy warto kupić Nintendo Switch 2?

Jeśli nie miałeś wcześniej żadnego Switcha, a kochasz gry Nintendo – Switch 2 może być dobrą inwestycją na lata. Platforma dopiero się rozpędza, pierwsze tytuły prezentują wysoki poziom, a hybrydowa forma nadal nie ma bezpośredniej konkurencji.

Jeśli jednak masz Switcha OLED, grasz głównie w trybie przenośnym i liczysz każdy wydatek, sytuacja robi się dużo bardziej skomplikowana. W takiej konfiguracji łatwo dojść do wniosku, że:

  • bateria to krok w tył
  • ekran w odbiorze to krok w bok, a nie w przód
  • cena to dwa kroki w górę

I właśnie wtedy pojawia się to bolesne „kupiłem i żałuję”.

Nie dlatego, że Switch 2 jest zły. Dlatego, że za swoje pieniądze mogłeś dostać albo znacznie mocniejszą konsolę stacjonarną, albo poczekać na rewizję Switch 2, która być może poprawi największe bolączki obecnego modelu – szczególnie baterię i ekran.

Jeśli miałbym tę decyzję podjąć drugi raz, prawdopodobnie bym poczekał.

Przeczytaj także

Wykryto Adblocka

Jeśli podoba Ci się to, co robimy, rozważ wyłączenie AdBlocka na naszej stronie. Reklamy pomagają nam rozwijać serwis i tworzyć więcej wartościowych treści. Dziękujemy za wsparcie! 💙